KREDYTOWY.PL to najpopularniejsze banki (25), agencje bankowe (521), kredyty mieszkaniowe (26), kredyty samochodowe (5), konta osobiste (17), kredyty dla firm (9) oraz z agregowane aktualności branżowe
REKLAMA

 
Nie ma kredytu bez kapitału (2009-03-01)
 
 

Oceny perspektyw wzrostu gospodarczego w Polsce systematycznie się pogarszają. Średnia prognoz dynamiki PKB na 2009 rok obniżyła się z 4,5 proc. we wrześniu 2008 r. do 1,5 proc. w styczniu br. Nie można wykluczyć spadku PKB w 2009 r. i jego bardzo niskiego wzrostu w 2010 r. Jednym z głównych czynników, które zwiększyłoby ryzyko zmaterializowania się takiego scenariusza, jest nasilenie się ograniczeń w dostępie do kredytów, na jakie napotykają przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe.



W sejmowej debacie poświęconej kryzysowi finansowemu przedstawiciele rządu podkreślali, że działania na rzecz podtrzymania akcji kredytowej są zadaniem banku centralnego, a aktywne działania rządu w tym obszarze nie są potrzebne ze względu na dobrą kondycję polskiego sektora bankowego. To prawda, że nadmiar aktywności państwa w tym obszarze nie jest wskazany. Nie powinno ono, a w praktyce nie jest również w stanie zmusić banków do udzielania kredytów. Pokazują to doświadczenia Japonii z lat 1990-tych. Jednak naszym zdaniem bez szybkich i skoordynowanych działań rządu, banku centralnego i nadzoru finansowego może być krucho ze zdolnością banków do udzielania kredytów - z trzech powodów.


REKLAMA

REKLAMA

Problem 1. Niewystarczająca płynność banków

Po pierwsze, banki mogą nie mieć wystarczających środków na sfinansowanie nowych kredytów. W 2008 r. były one finansowane przez szybki wzrost depozytów oraz środków pożyczanych przez banki za granicą. W br. wzrost depozytów zostanie zahamowany przez wolniej rosnące płace i spadające zatrudnienie, wygaśnięcie przepływu środków z funduszy inwestycyjnych do banków oraz pogarszającą się sytuację finansową przedsiębiorstw. Nie można wykluczyć, że w horyzoncie roku suma depozytów zacznie się kurczyć. Podobnie było w czasie spowolnienia z lat 2000-2003. Trudne może być również pozyskanie finansowania na rynkach międzynarodowych. Z najnowszych prognoz Instytutu Finansów Międzynarodowych wynika, że w 2009 r. banki zagraniczne wycofają z naszego regionu 27 mld dolarów, podczas gdy w 2008 wstrzyknęły w niego 123 mld dolarów. Wedle tej prognozy zagranica będzie raczej ograniczać niż uzupełniać płynność polskich banków.

Problem 2. Zbyt małe kapitały

Po drugie, możliwości udzielania przez banki nowych kredytów zostaną znacznie zawężone przez pogorszenie się sytuacji kapitałowej banków. Już w IV kw. ub. roku tzw. współczynnik wypłacalności, czyli relacja kapitałów do aktywów ważonych ryzykiem obniżył się z 11,5 do 10,8 proc., mimo że w połowie roku na rynek weszły dwa nowe banki - co zwiększyło kapitały sektora bankowego (licznik współczynnika), a nie miało wpływu na jego portfel kredytów (mianownik współczynnika). Wskaźnik ten jest nadal wyraźnie powyżej minimum wymaganego prawem (8 proc.), ale już bliski poziomu, który w okresie zawirowań na globalnych rynkach finansowych zalecił nadzór bankowy (10 proc.). W ankiecie przeprowadzonej przez NBP w styczniu br. trzy czwarte banków uznało niedostateczne kapitały za jeden z najważniejszych powodów zaostrzenia warunków udzielania kredytów. Bez zysków, które powiększyłyby kapitały, banki mogłyby udzielić w br. kredytów na kwotę poniżej 50 mld zł i to przy założeniu, że złoty przestanie się osłabiać (słabnący złoty zwiększa wartość w złotych kredytów walutowych udzielonych w przeszłości; tylko z tego powodu każde 10 proc. osłabienia złotego oznacza spadek współczynnika wypłacalności o około 0,3 pkt proc.). Dla porównania w ubiegłym roku suma kredytów dla sektora prywatnego zwiększyła się o 170 mld zł, w tym po oczyszczeniu ze skutków osłabienia złotego o prawie 120 mld zł A sytuacja kapitałowa banków będzie się nadal pogarszać.

•  Spadek dochodów przedsiębiorstw i gospodarstw domowych towarzyszący spowolnieniu gospodarczemu ograniczy ich zdolność do terminowego regulowania zaciągniętych wcześniej kredytów. Efekt ten będzie tym większy, im dłużej złoty będzie słaby, bo to podbija raty kredytów walutowych. Skala osłabienia złotego jest tak duża, że jego wpływu na wzrost rat kredytowych nie skompensują już niskie stopy procentowe w Szwajcarii, strefie euro i USA. Jeśli nic się nie zmieni, słaby złoty wydrenuje z kieszenie samych gospodarstw domowych dodatkowe 4 mld zł. Wyższe raty skutkują wzrostem kwot spłacanych nieterminowo, co zmusza banki do zawiązywania rezerw obciążających ich kapitały własne. Trudno określić skalę tego zjawiska, ale nie będzie ona mała. W latach 2000-2003, tj. w okresie ostatniego głębokiego spowolnienia w Polsce banki musiały ponad dwukrotnie zwiększyć rezerwy na kredyty zagrożone.

•  Osłabienie kursu zmusiłoby banki do zawiązania dodatkowych rezerw, nawet gdyby liczba nierzetelnych dłużników się nie zmieniła. Po pierwsze, słabszy złoty podnosi wartość w naszej walucie nieterminowo obsługiwanych kredytów walutowych, nawet jeśli ich wartość w walutach obcych się nie zmienia. Po drugie, może podbijać przeliczoną na złote sumę kredytów walutowych ponad wartość zabezpieczeń. Przynajmniej część firm i gospodarstw domowych nie będzie w stanie ich uzupełnić - szczególnie w sytuacji, w której spadają ceny nieruchomości i kursy akcji. Po trzecie, doprowadzi do powstania strat na opcjach walutowych. Na skutek spadku przychodów z eksportu lub spekulacji, tj. wystawiania opcji na sumy w ogóle nie powiązane z tymi wpływami, część przedsiębiorstw nie jest w stanie spłacać zobowiązań wynikających z tych transakcji (część może też nie chcieć tego robić, licząc na wsparcie polityków). Zapłacą za to banki, które starając się ograniczyć ryzyko walutowe, zawarły transakcje odwrotne z zagranicznymi instytucjami finansowymi. Wynikające z nich zobowiązania będą musiały pokryć bez względu na to, czy uda im się wyegzekwować należności od firm. Po czwarte, przy słabszym złotym te banki, które finansowały długookresowe kredyty walutowe krótkookresowymi swapami walutowymi, będą musiały wydać znacznie więcej złotych, żeby je odnowić.

•  Straty banków paradoksalnie wcale nie muszą zostać ograniczone przez obniżki stóp procentowych NBP. Z jednej strony, zmniejszą one oczywiście raty płacone przez kredytobiorców, co pomoże części z nich zachować płynność i na bieżąco regulować swoje zobowiązania. Banki nie będą musiały zawiązywać części rezerw. Z drugiej jednak strony, obniżki te spowodują, że banki będą otrzymywać niższe odsetki od kredytów, wypłacając jednocześnie nadal wysokie odsetki od lokat. Większość kredytów ma bowiem oprocentowanie zmienne, ustalane według formuły „WIBOR plus marża”, zaś przyjęte depozyty - oprocentowanie stałe i wysokie - na skutek wciąż dużej konkurencji na rynku lokat związanej, z jednej strony, z pojawieniem się na nim nowych banków, którym istniejące banki nie chcą oddać części bazy depozytowej, a z drugiej strony, z dążeniem banków do zapewnienia sobie możliwie dużej płynności w niepewnych czasach.

Problem 3. Niepewność

Po trzecie, trudności w oszacowaniu ryzyka związanego z udzielaniem kredytów, wynikające z rosnącej niepewności co do rozwoju sytuacji gospodarczej, będą skłaniać banki do zaostrzania warunków udzielania kredytów. W styczniu wszystkie banki przebadane przez NBP wskazały je jako przyczynę zaostrzenia warunków udzielania kredytów w IV kw. 2008 r. i przesłankę dalszego ich zaostrzania w I kw. br. Gdyby owo zaostrzanie sprowadzało się tylko do podwyższania marż kredytowych, to mogłyby mu przeciwdziałać, przynajmniej częściowo, obniżki stóp procentowych NBP. Ale banki zaostrzają również warunki niecenowe, takie jak np. poziom wymaganego zabezpieczenia. Tymczasem, w czasie spowolnienia maleje wartość aktywów (np. akcji, czy nieruchomości), które mogą służyć jako zabezpieczenie spłaty kredytu. W efekcie nawet te przedsiębiorstwa, które są w dobrej sytuacji finansowej i mają zyskowne projekty inwestycyjne, mogą mieć problemy z otrzymaniem kredytu na ich realizację.

Na ostatni z 3 wymienionych powodów, dla których o kredyt może być coraz trudniej, polityka gospodarcza ma, przynajmniej na krótką metę, ograniczony wpływ. Ale jej odpowiedni kształt może istotnie złagodzić 2 pierwsze problemy.

Sposoby na zwiększenie dostępności kredytów

Debata publiczna koncentruje się na problemie pierwszym, tj. niedostatku środków, które banki mogłyby przeznaczyć na kredyty.

Jego najczęściej postulowanym rozwiązaniem jest obniżenie stopy rezerwy obowiązkowej z 3,5 do 2 proc., tj. do poziomu obowiązującego w strefie euro. Działanie to byłoby dopełnieniem decyzji podjętej przez bank centralny w styczniu br. o przedterminowym wykupie od banków obligacji NBP. W wyniku obniżki stopy rezerwy nastąpiłoby trwałe zwiększenie płynności sektora bankowego o ok. 9 mld zł, która mogłaby sfinansować nowe kredyty. Choć 9 mld to tylko proc. kredytów dla firm i gospodarstw domowych, to ze względu na efekty mnożnikowe (wzrost kredytu prowadzi do wzrostu depozytów, co z kolei umożliwia dalszy wzrost kredytów itd.) skala przyrostu kredytu mogłaby być znacząco większa od tej kwoty. Ale z obniżeniem rezerwy jest co najmniej jeden problem. Gros zastrzyku w płynność otrzymałoby kilka największych banków, które w sumie gromadzą większość depozytów, a więc nie mają większych problemów z finansowaniem kredytów. Utrzymująca się niechęć banków do pożyczania sobie środków na dłuższy termin nie daje mocnych podstaw, aby sądzić, że banki zasilone w płynność przez obniżenie rezerwy odpożyczą je innym bankom, nie mającym wystarczających środków do udzielania nowych kredytów.

Jeśli bank centralny chciałby uniknąć zasilania w płynność banków, które specjalnie tego nie potrzebują, wtedy zamiast obniżać rezerwę obowiązkową powinien raczej radykalnie rozszerzyć listę akceptowanych przez siebie zabezpieczeń przy prowadzonych operacjach repo. Obecnie zabezpieczeniem dla tych operacji mogą być tylko obligacje lub bony skarbowe. W skrajnej sytuacji zabezpieczenia te mogłyby być przejściowo (na przykład na dwa lata z możliwością przedłużenia tego terminu) zniesione. Limity środków, które poszczególne banki komercyjne mogłyby pożyczyć z banku centralnego, można byłoby powiązać z ich kapitałami lub - jeszcze lepiej - przyrostem kapitałów w danym roku (o korzyściach z takiego powiązania piszemy za chwilę). Rozszerzeniu listy akceptowanych zabezpieczeń powinna towarzyszyć zapowiedź banku centralnego, że operacje te będą prowadzone w sposób regularny, dający bankom komercyjnym możliwość cyklicznego odnawiania pożyczek z NBP, a więc gwarantujący temu finansowaniu stabilność. Rozwiązanie to byłoby szczególnie pożądane, gdyby działające w Polsce banki zaczęły sygnalizować trudności z pozyskaniem finansowania od zagranicznych spółek matek (jest to scenariusz możliwy, ale nie najbardziej prawdopodobny, zważywszy, że w IV kwartale ub. roku EBC zwiększył swoją sumę bilansową o ponad jedną trzecią, a Fed - około dwukrotnie, co oznacza, że w ciągu zaledwie jednego kwartału zasiliły one banki zagraniczne w płynność w skali, która w normalnych czasach wystarczyłaby na 3 do 6 lat).

Ale aby proponowane rozwiązanie zwiększyło dostępność kredytów, nadzór finansowy musiałby przychylnie spojrzeć na finansowanie ich ze środków pożyczonych przez banki komercyjne w NBP. Jednocześnie, żeby, nie dopuścić do powstania problemu "złych" długów, musiałby on ze szczególną uwagą oceniać podejmowane przez nie ryzyko kredytowe. Biurokratyczne ciężary nakładane na banki nie mogłyby być jednak zbyt duże, aby nie podbić innego ryzyka - przeznaczenia przez banki relatywnie taniego finansowania uzyskanego w NBP na pokrycie rosnącego deficytu sektora finansów publicznych.

Ale w naszej ocenie to nie niewystarczająca płynność, ale niedostateczne kapitały będą zasadniczą barierą uniemożliwiającą bankom udzielanie nowych kredytów. Gdyby banki potrzebowały środków na sfinansowanie akcji kredytowej, to mogłyby pozbyć się części obligacji, które posiadają. Przez ubiegły rok ich portfel skarbowych papierów wartościowych powiększył się z 96 do 146 mld zł.

Tak silny wzrost zaangażowania banków w papiery skarbowe może być odzwierciedleniem ich obaw o przyszłą sytuację kapitałową. Ponieważ obligacje są traktowane jako bezpieczna inwestycja, im większy portfel papierów skarbowych (w porównaniu do portfela kredytów), tym wyższy współczynnik wypłacalności przy danym poziomie kapitałów własnych i jednocześnie mniejsze ryzyko, że spadnie on poniżej poziomu zalecanego przez nadzór lub wymaganego prawem. Nabywanie obligacji nie tylko pozwala bankom zarabiać w niepewnych czasach, ale i zabezpiecza je przed koniecznością dokapitalizowania w sytuacji, w której o nowe kapitały wyjątkowo trudno, bo pilnie potrzebuje ich duża część instytucji finansowych na świecie, a mało kto wierzy, że potrafią one zyskownie nimi zarządzać. Mimo wstrzyknięcia do instytucji finansowych od połowy 2007 roku prawie biliona nowych kapitałów, nadal nie wystarczają one na pokrycie strat.

Jednym z możliwych rozwiązań złagodzenia bariery niskich kapitałów własnych banków jest rozszerzenie systemu poręczeń kredytów dla przedsiębiorstw. Propozycja gwarantowania ich spłaty ze środków publicznych znalazła się m. in. w rządowym "Planie Stabilności i Rozwoju". Poręczenia miałyby umożliwić otrzymanie kredytu firmom nie posiadającym odpowiednio wysokiego zabezpieczenia. Ale nie to jest w tej propozycji najważniejsze. Przy danej sumie nowych kredytów poręczenia pozwoliłyby bankom obniżyć poziom aktywów ważonych ryzykiem, a więc podnieść ich współczynnik wypłacalności. Jeśli w krótkim czasie chce się zbudować sprawny mechanizm przyznawania poręczeń na szeroką skalę, trzeba pamiętać co najmniej trzech wiążących się z tym problemach. Po pierwsze, zawsze istnieje ryzyko konieczności zrealizowania poręczeń, a więc sięgnięcia do kieszeni wszystkich podatników, aby spłacić zobowiązania wybranych.. Po drugie, poręczenia miałyby - przynajmniej wedle większości propozycji - dotyczyć jedynie kredytów inwestycyjnych, na które w okresie spowolnienia nie ma większego zapotrzebowania, podczas gdy głównym problemem firm może być odmowa odnowienia przez banki kredytów obrotowych. Po trzecie, dotychczasowe doświadczenia z systemami poręczeń w Polsce nie są zbyt zachęcające.

W tej sytuacji rośnie znaczenie nadzoru finansowego i perswazyjnej polityki nadzorczej w zmniejszaniu bariery kapitałowej.

Zagraniczne spółki matki mogą chcieć otrzymać w br. sowite dywidendy - z co najmniej 2 powodów. Po pierwsze, pilnie potrzebują zastrzyku kapitału i nawet stosunkowo niewielkie sumy, jakie mogą uzyskać z naszych banków, mają dla nich znaczenie. Działania banków centralnych w krajach wysoko rozwiniętych powinny rozwiązać ich kłopoty z płynnością (stąd można spodziewać się, że nie będą one domagały się od naszych banków zwrotu przyznanych pożyczek), ale problem zbyt niskich kapitałów pozostanie - bo rozlewająca się po świecie recesja jeszcze pogłębi straty banków, które już teraz są większe od zastrzyku kapitałów, uzyskanego od rządów. Po drugie, mogą uznać, że ryzyko rozwijania akcji kredytowej w naszym kraju jest zbyt wysokie, a w efekcie, kapitały naszych banków - niepotrzebnie duże.

W normalnych czasach powinno się pozostawić właścicielom pełną swobodę w decydowaniu o wysokości dywidend. Bez takiej swobody nie byliby skłonni inwestować w naszym kraju. Ale nie żyjemy w normalnych czasach. Dzisiaj nie ma dużych szans na przyciągnięcie nowych inwestorów do naszych banków i podniesienie ich kapitałów w inny sposób niż poprzez zatrzymanie w nich zysków. Dlatego dobrze, że nadzór finansowy już naciska na właścicieli, żeby nie wypłacali w tym roku dywidend. Ostrzega, że jeśli to zrobią to nie zgodzi się na zaliczenie do kapitałów pożyczek podporządkowanych w przypadku, gdy współczynnik wypłacalności spadłby poniżej 8 proc. Ma przy tym w zanadrzu dużo potężniejsze instrumenty. W ostateczności może skorzystać z przepisu Prawa bankowego, które zabrania bycia znaczącym akcjonariuszem podmiotowi mającemu kłopoty finansowe, a dziś większość tzw. banków-matek ma takie kłopoty. Ale takie naciski są jak igranie z ogniem: mogą zniechęcić do inwestowania w naszym kraju, a już obecny tu kapitał - skłonić do ucieczki. Lepszym rozwiązaniem od gróźb byłoby stworzenie inwestorom zachęt do podnoszenia kapitału, ale do tego potrzebna jest współpraca nadzoru finansowego z rządem i bankiem centralnym.

Rząd mógłby, po pierwsze, zadeklarować, że sam nie weźmie dywidendy z PKO BP (nie można wymagać od zagranicznych inwestorów czegoś, czego samemu się nie robi), oraz zgodzić się na nową emisję akcji tego banku. Ta akurat zapewne znalazłaby nabywców wśród takich instytucji jak np. EBOiR. Podwyższenie kapitałów PKO BP mogłoby umożliwić znaczące zwiększenie akcji kredytowej, ze względu na posiadaną przez ten bank szeroką bazę depozytów i dużą sieć oddziałów. Większego sensu nabrałoby też ewentualne obniżenie rezerwy obowiązkowej przez bank centralny lub dopuszczenie przez nadzór przejściowego finansowania akcji kredytowej "krótkim pieniądzem". Po drugie, parlament mógłby przyznać bankom, które znacząco podniosą kapitały, ulgi podatkowe w wysokości powiązanej ze wzrostem kapitału. Po trzecie, jeśli bariera kapitałowa okazałaby się głębsza i nie udałoby się jej wyeliminować za pomocą przedstawionych wcześniej rozwiązań, NBP mógłby rozważyć wykupienie od banków części portfela udzielonych przez nie kredytów. Pozwoliłoby to zarówno zwiększyć ich płynność, jak i uwolnić część kapitałów własnych.

Mamy świadomość ograniczeń i czynników ryzyka towarzyszących zaproponowanym rozwiązaniom. Ale niestandardowe rozwiązania mogą okazać się niezbędne, jeśli chce się uniknąć dalszego pogorszenia sytuacji gospodarczej. Trzeba o nich dyskutować, bo za chwilę na dyskusję może nie być już czasu.



Źródło: Gazeta Wyborcza


Źródło: http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33211,6332687,Nie_ma_kredytu_bez_kapitalu.html
Codziennie nowe wiadomości, informacje o promocjach w Twojej skrzynce e-mail?
Zapisz się do naszego bezpłatnego biuletynu:


 

 
Pozostałe aktualności Pokaż wszystkie »
 
 
 


 
Właścicielem serwisu jest firma Mediati.pl, ul. Marii Konopnickiej 19, 73-200 Choszczno
Kontakt: biuro@kredytowy.pl, Reklama: reklama@kredytowy.pl